Wybory samorządowe powinny być co roku.

Takie mnie dopadło przemyślenie po rozejrzeniu się wokół. Kurcze, jak to fajnie.

Wszystko dookoła kwitnie, nagle długo odkładane inwestycje w końcu są realizowane, pojawiają się drobne acz miłe udogodnienia dla mieszkańców, nowe place zabaw rosną jak grzyby po deszczu i nagle bez bólu udało się wyremontować odcinek drogi, o którym wśród taksówkarzy krążą legendy. Ten kandydat obiecuje aquapark, tamten most, inny nowe miejsca pracy…

Nagle okazuje się, że do gardeł skakać mogą sobie nie tylko politycy tam na górze, ale i tu na prowincji. Każdy ruch jest bacznie obserwowany przez oponentów, a już nie daj boże jak się komuś nóżka powinie i chlapnie słowo za dużo. Wtedy rozszarpują biedaka młode wilki z młodzieżówek, bądź też partyjni supporterzy kontrkandydata. Bawi mnie to tym bardziej, że w tych wyborach w ruch poszły social media, a nie wszyscy dostrzegają specyfikę zarówno nośnika i targetu, co prowadzi do nieuniknionych potknięć, np. krytyki społeczności internetowej i podważania jej anonimowości czy (o kurwa) grożenie jej palcem, że prawnie odpowie za oszczerstwa, co jak wiadomo jest na Dzikim Zachodzie niewybaczalne.
Takie właśnie gówienka lecą w elbląski wentylator.

A w Krynicy Morskiej jest jeszcze gorzej - tu paszkwile lecą w świat w formie ulotek podpisanych przez “zatroskanego obywatela” napisanych w stylu “spacja - przecinek - spacja” czyli moim ulubionym. Ach, każdy dzień niesie teraz powód do uśmiechu.

Jacy to my jesteśmy zajebiści.

rys. Michał Tomaszek

Notki

Pokaż