Bieg Piekarnika

Jak to się stało, że pobiegłem w biegu na dychę po długiej przerwie pisałem już tutaj. Tylko przypomnę, że Endomondo nie uwierzyło w połowie kwietnia w moje potencjalne ukończenie biegu, sugerując, żeby przygotowania zacząć dwa miesiące wcześniej. Faktycznie nie pozostało mi za dużo czasu na rozbieganie, a tu jeszcze wypadła Francja (w tym czasie miałem dwa razy wybiec a to był ostatni tydzień przed biegiem). Dlatego miałem lekkie wątpliwości czy dam radę nie wykorkować. Bo w sumie ludzie masę czasu przeznaczają na odświeżenie formy, koordynację oddechu, sprawdzają tętno, pułap tlenowy itd. Ja nigdy niczego takiego nie robiłem. Pierwszą dychę w życiu, w Gdyni, zrobiłem w bawełnianej koszulce i trampkach i delikatnie mówiąc odcinałem się od pro biegaczy obrandowanych Under Armour czy tam najkiem. Zawsze starałem się trzymać równe tempo, oddychać na 4 kroki (wdech-wdech wydech-wydech) i jakoś się dobiegało.

Wyszło jak wyszło. Wybiegłem raptem parę razy, coraz dłużej, raz nawet zrobiłem dychę co mnie uspokoiło, że dam radę, ale potem znowu miałem półtora tygodnia przerwy. Dwa dni przed dzisiejszym biegiem przebiegłem sobie kontrolnie szóstkę, w tempie, które wskazywało, że dychę bym zrobił w godzinę dziesięć. Przydużo, ale sam bieg był też lekko spontaniczny, ponieważ kiedy wróciłem do domu zerwała się burza i uznałem, że z biegania dzisiaj nici, zjadłem jajko sadzone z młodymi ziemniaczkami posypanymi koperkiem i z maślanką (obiad na który od wiosny miałem cholerną ochotę) a kiedy ja skończyłem, burza zrobiła to samo. I chcąc nie chcąc pobiegłem – ze względów oczywistych biegło się raczej do dupy i w połowie piątego kilometra miałem wrażenie, że znów zobaczę mój wymarzony obiad, tym razem w postaci półstrawionej brei. Wczoraj recovery i dziś bieg.

Ekipa Wikingowa dała radę. Z biegaczy była nasza szóstka, plus w naszych barwach biegł kolega Pawła – Jarek (ojcowskastronamocy.pl), który idealnie wpasował się w rolę Wikinga. Do tego super kibice – hokeiści, rodzice i trener Rafał, który teleportował się na rowerze po trasie i robił nam zdjęcia. Było gorąco. I nie mówię tu tylko o emocjach ale o upale. Kiedy wyjeżdżaliśmy przed 10 z domu na rowerach, już grzało mocno, a o 11 był już skwar. Dlatego uważam, że Bieg Piekarczyka powinien się nazywać Biegiem Piekarnika i to takiego z kurkiem przykręconym na maks.

W biegu brało udział niemal 1000 biegaczy. Składał się z dwóch obiegów pętli powiedzmy, że pięciokilometrowej, choć Endomondo twierdzi że lekko dłuższej. Ten points for Gryffindor za cztery kurtyny wodne na trasie, namioty z wodą i arbuzy na mecie. Parę ujemnych punktów za to, że woda się skończyła w dwóch ostatnich namiotach przed metą.

Jako że moim głównym założeniem było po prostu przeżyć, ale i przy okazji popromować klub, wzięliśmy ze sobą duże flagi, którymi zazwyczaj machają podczas meczu kibice i postanowiliśmy rozpocząć i zakończyć bieg z flagami. To był całkiem sensowny pomysł – nad morzem głów wystawały tylko baloniki pacemakerów i właśnie nasze flagi. Ustawiliśmy się pomiędzy pacemakerem 0:55 a tym z 1:10 Czyli w 3/4 peletonu. Wtedy organizm przypomniał mi, że miałem się wysikać przed biegiem ale była już minuta przed startem więc trochę poniewczasie, jak głupi organizm nie ma wyczucia czasu to niech się męczy jeszcze godzinę. I pobiegliśmy.

Nie miałem na tym etapie marzeń o konkretnej czasówce. Pierwsza piątka była w sumie fajna. Biegłem po zrzuceniu flag za zakrętem tempem poniżej 6 minut/km, kurtyny wodne robiły dobrą robotę, kibice na trasie również, nikt nie furczał że głupi biegacze zamrozili ruch. Koniec piątego kilometra był ciężki: oto bowiem na 30 metrów przed metą przegonił mnie Kenijczyk, który właśnie finiszował cały bieg. Uwieczniła mnie fotografia w momencie kiedy morale mocno mi podupadły.

Przeżywałem to cały szósty kilometr dalej trzymając tempo, ale wtedy przypomniałem sobie jaką pokorę w człowieku wzbudza widok karetki jadącej po jakiegoś nieszczęśnika, który zasłabł na trasie. Miałem wręcz wrażenie, że jadą do mnie, bo wiedzą że olałem przygotowania. Albo że Dorotka się martwi, że to po mnie. Zwolniłem więc nieco i asekuracyjnie tak już dociągnąłem do końca. Czas według pomiarów 1:02:12, w moim przedziale wiekowym plasując mnie na 171 pozycji. Według Endo na dychę: 1:00:05. Biorąc pod uwagę warunki i to jak solidnie i z jaką determinacją przygotowałem się do biegu, jest bardzo spoko.

Finalnie jestem z siebie bardzo zadowolony. I przede wszystkim z Wikingów, którzy sam event wykorzystali bardzo dobrze, żeby się pokazać jako fajny team 🙂

A teraz film:

Jedna myśl do “Bieg Piekarnika”

Dodaj komentarz