Hokej? No weeeź…

Nie jest to historia jakiegoś sukcesu, ale fajnej zajawki w którą wpadłem ni stąd ni zowąd. Pasja? Chyba jeszcze nie. Hobby? No rejczel 🙂

Łyżwy to nie jest jakiś mój konik z dzieciństwa, coś w co chciałem wciągnąć dzieci bo wiem że jest fajne. Stanąłem na nich wcześniej tylko raz, dla beki na studiach, w wieku 19 lat. A potem dopiero jak zabraliśmy dzieci na lodowisko, żeby nauczyły się względnie poruszać na lodzie, czyli 15 lat później. Wtedy dzieciaki w sumie tak naprawdę z przypadku i bez jakichś specjalnych planów czy ambicji zaczęły chodzić na zajęcia hokejowe, a ja z podziwem ale i zazdrością patrzyłem jak szybko zaczynają robić mega postępy. One to pokochały, a ja z zachwytem patrzyłem z jaką lekkością robią zwroty, jeżdżą przeplatanką, hamują wzbijając chmurę lodowych iskier. Nawet nie wiem kiedy, dzięki ludziom z pasją i fantastycznym rodzicom wsiąkliśmy w życie klubu naszych dzieciaków tak mocno i kiedy zapełnił całkiem spore miejsce w naszym życiu. Ale nawet wtedy na łyżwach jeździłem mocno tak sobie, z naciskiem na „do dupy”. Już bez gleb ale wciąż była to walka z grawitacją, która za punkt honoru postawiła sobie, żeby przyciągnąć mnie jak najszybciej i możliwie najskuteczniej obić mi tyłek.

W zeszłym roku, na zakończenie sezonu ktoś wpadł na epicki pomysł meczu rodzice kontra dzieci. Pierwszy raz wtedy mogłem, zajarany jak nie wiem co, założyć pełen sprzęt hokejowy, kask, wziąć w ręce kij i… wyskoczyć na lód w ochraniaczach na łyżwy, co zakończyło się spektakularną glebą. Pierwszą – jak się okazało z setek kolejnych. Sezon lodowy się skończył, więc kupiłem rolki w GoSporcie. Niestety szło mi totalnie do dupy, stopa ciągle zginała się do wewnątrz, po minucie jazdy już nie byłem w stanie utrzymać jej prosto. Schowałem je do szafy czekając na jesień. I na łyżwy.
W tym sezonie, a dokładniej dopiero niestety w jego połowie, zacząłem chodzić na szkółkę hokejową. Raz w tygodniu, w niedzielny poranek. Nasz trener  Irek wykazał się wprost nieludzką cierpliwością i wyrozumiałością pokazując nam podstawy podstaw, podstaw. Jak jeździć przodem, tyłem, przeplatanką, jak pracować krążkiem, jak podawać i odbierać. A ochraniacze to w ogóle kosmos. Upadek na kolana kończy się ślizgiem, a na tyłek spada się jak w miękką poduszkę. Znika zupełnie strach przed upadkiem nawet przy większej szybkości – coś co tak naprawdę powstrzymuje starsze roczniki przed próbowaniem nowych ruchów na lodzie, bo perspektywa odciągania wody z kolana albo kuśtykania do pracy po obiciu kości ogonowej jest jednak czymś co było nie było normalny człowiek bierze pod uwagę. W sensie dorosły, bo dzieci jak powszechnie wiadomo są z gumy i strachu nie znają, jak Wikingowie.

Kiedy przyszła ostrzejsza zima i na osiedlowym boisku dobrzy ludzie zrobili lodowisko, każdego wieczora przy minus kilkunastu stopniach wychodziłem i 1-2 godziny ćwiczyłem to czego uczyliśmy się na szkółkach. Fun fact, jak facet wychodzi w lajkrze pobiegać to nikt nie zwraca najmniejszej uwagi. A wystarczy przejechać się w windzie w pełnym sprzęcie hokejowym i everybody lose their mind 😀 Efekt jest taki, że aktualnie jeżdżę na łyżwach mniej więcej tak jak moje dzieci po pierwszym roku w klubie. Krążek raz się słucha, raz nie, o nogach wciąż muszę myśleć, co przeszkadza rękom, bo mózg wszystkiego na raz nie ogarnia. Ale zaliczyłem kilka towarzyskich meczy, gdzie już starałem się pilnować pozycji i dotrzymywać tempa, zwłaszcza jak się gra ze starszymi dzieciakami. Był oczywiście zgodnie z oczekiwaniami kabaret. Za pierwszym razem byłem prawie pewny, że zaliczyłem podczas gry kilka małych zawałów serca 😀 Z trybun to wygląda jednak trochę inaczej. Tempo jest niesamowite, czas płynie wolniej, jakby krążek był małą czarną dziurą. Po 2 minutach na lodzie człowiek schodzi zryty jakby intensywnie trenował pół godziny.

Oczywiście nie można liczyć na taryfę ulgową, jak się jest kopalnią lolcontentu dla ludzi na trybunach 😛 Na szczęście nie mam już 12 lat i mam mega dystans do siebie, więc jak młodzi hokeiści, którzy na głowę biją mnie skillsami mają ze mnie niezłą bekę, podobnie jak ich rodzice, którzy przychodzą oglądać jak idzie młodym trening, to nabijamy się razem 😉 W przypadku tych drugich w ogóle wiem, że tak naprawdę to cholernie zazdroszczą, że nie pokonali tego wewnętrznego hamulca, przez który cały czas są z drugiej strony bandy lodowiska.

Sezon lodowy się skończył, zmieniłem rolki na hokejowe, w których spokojnie potrafię zrobić 11km w całkiem przyzwoitym tempie. Do jesieni będę już bardziej przygotowany. Jestem totalnie na początku długiej drogi i chociaż prawdopodobnie nigdy nie będę jeździł nawet w połowie na takim poziomie jak moje dzieciaki, które od kilku lat trenują pod okiem swoich mistrzów trzy razy w tygodniu, w tym roku grały ligę i w moich oczach po prostu wymiatają, ale nie to jest najważniejsze. Liczy się to, że mogę stanąć z nimi na lodzie, zagrać 1 na 1 albo w jednej piątce. Znaleźć się na chwilę w ich świecie i po meczu przybić sobie żółwika i przeżywać grę. I pozwolić im na to, żeby mogli nauczyć czegoś rodzica.

Oglądanie dzieci zza szyby, kiedy robią to co je kręci, a uczestniczenie w tym to zupełnie dwa różne światy. Polecam gorąco to drugie. Człowiek ma wtedy z 20 lat mniej, przysięgam. Po prostu hit.

Poza tym hokej jest zajebisty i tyle 🙂

2 myśli do „Hokej? No weeeź…”

    1. W zeszłym roku, zależy kogo zapytać, ale prawdopodobnie był remis. Rodzice owinęli wtedy swoją bramkę streczem 🙂 W tym roku rodzice ponieśli druzgocącą klęskę…

Dodaj komentarz