Diveblog #1 / 2024

Diveblog #1 czyli #drogipamietniczku. No więc ledwie wylądowaliśmy a za sobą mamy już dzień pierwszy naszej urlopowej przygody. Wczoraj udało mi się zbić piątkę z kilkoma osobami z obsługi, które mnie poznały, oraz dzięki mojemu urokowi osobistemu i zniewalającego uśmiechu mojej żony udało nam się bez problemu ogarnąć przepiękny pokój z widokiem na morze i kingsajzbedem. Od razu widać, że dla VIPów. Więc zryci podróżą, ale za to w świetnych humorach poszliśmy spać.

Jako, że śpię, to idealna okazja żeby przerwać narrację na słówko o samym biurze podróży Coral i hotelu. Otóż kiedy rozwozili ludzi po hotelach (nasz był drugi) okazalo się, że do pierwszego hotelu jednego gościa (nazwijmy go roboczo Piotr) nie przyjęli bo Coral odwołał jego rezerwację. On nie był specjalnie szczęśliwy z tego tytułu, ale powiedzieliśmy mu że w sumie dobrze się stało bo ten nasz hotel to w porównaniu do tego pierwszego jest jak Piaski do Sopotu. Więc jak chce odpocząć w spokoju to trafiło mu się jak los na loterii. Poza tym, jak już jadę po Coralu, w porównaniu do TUI lekka bieda z kontaktem z gościem – nie mają swojej aplikacji, czatu z rezydentem i ogólnie są w tych kwestiach trochę z tyłu. Sam rezydent z kolei miał się z nami spotkać dziś o 17-tej, spędziliśmy pół godziny naszego urlopu na czekanie na typa, finalnie nie przyszedł, napisałem do niego na WhatsAppie elaborat, a on go skwitował „Ok.” więc nota ode mnie jest powiedziałbym na ten moment średnia.

Koniec dygresji – oto bowiem nasi bohaterowie, czyli my, budzą się przed wschodem słońca. Szybka kawa, naprędce wciągnięte śniadanie i moment później odebrał nas busik Beach Safari z przemiłym kierowcą, który jednak jechał jak na Egipt bardzo przepisowo. Szacun. Jechaliśmy W ósemkę. Tu słowo odnośnie mojej ukochanej, przyjaciółki, żony i partnurki, które to wcielenia łączy w sobie Dorotka. Srodze się na niej dziś zawiodłem w kwestiach kontaktów międzyludzkich, ponieważ zazwyczaj Dorotka jest jak dron rozpoznawczy, który pierwszy ogarnia sytuacje w otoczeniu. Łatwo się socjalizuje, poznaje wszystkich wraz z krótkim résumé, a potem ja, introwertyk wtrącam „a ja Przemek” i mam temat zapoznawania się z głowy. Tym razem role się odwróciły 😮. Po krótkiej podróży i busowej integracji z towarzyszami doli, bo przecież nie niedoli, wylądowaliśmy w bazie Beach Safari, dobraliśmy sprzęt, uścisnęliśmy znajome dłonie i zbiliśmy znajome piątki, podpisaliśmy papiery, że zgodnie z prawdą jesteśmy młodzi, piękni, sprawni i zdrowi, po czym dzida na pierwszy spot nurkowy. A była to…

Marsa Assalaya. Świetne miejsce na pierwszego nura z brzegu. Zatoczka, wejście z brzegu najpierw zwiedziliśmy rafę południową, a po przerwie północną.

Naszym Divemasterem, przewodnikiem stada był Rami. Kojarzylismy go z poprzednich nurów w Marsa Alam, kiedy to on był przewodnikiem grupy nurków z centrum nurkowego z miasta na „Ś”, z którym mam kosę.

Nureczki były w stylu „płyńmy wolno i oglądajmy co chcemy” a nie „zasuwajmy żeby zobaczyć całą radę aż do końca”, czyli idealnie. Woda była ciepła, ale naprawdę ciepła, mam wrażenie, że konsumowałem już chłodniejsze zupy. Fauna: szkaradnica, żółw taki naprawdę słusznej postury, z towarzyszącymi mu remorami (podnawki), do tego klasycznie skrzydlica, kalmary, płaszczki, rozdymki i dziesiątki endemicznych gatunków. Smutny widok bielejącej rafy. To akurat nie powód do żartów. Nie idzie to w dobrą stronę 😭 Ale same nurki zacne!

Na plus liczby: 61 minut pod wodą na pierwszym nurku i 67 na drugim, czyli dwie godziny totalnego relaksu dla mózgu, ekwiwalent 6 dni urlopu w Łebie. Ekipa na nurach naprawdę fajna, szybko złapaliśmy kontakt (wiadomo, nikogo z miasta na „Ś”).

Powrót do hotelu na 14:15 tylko po to żeby prędziutko wciągnąć obiad i popędzić na plażę, rzucić ręczniki i wskoczyć do wody ku oburzeniu przebogatej fauny na rafie domowej przy hotelu. Ale o tym może innym razem. Spadam spać bo o świcie lecimy na nury ❤️ peace

Tatry 2022 – Jak zdobyto Kozi Wierch

Dziś #drogipamietniczku liżemy rany. Padłem przed 23-cią, obudziłem się o 5 rano i najpierw czeknąłem meteogram, żeby się upewnić że dziś na bank burze i deszcz i Dorotka nie wyciągnie nas na aktywne recovery 10km po górach, a potem sprawdzałem co mnie boli i uznałem, że łatwiej będzie jak sprawdzę co mnie nie boli. Ale czujemy się wyśmienicie bo zdobyliśmy Kozi!!! Ale po kolei.

Liczby wyglądają następująco: za nami 14 godzin w górach – 20 km marszu przy przewyższeniu 1245m (tyle w górę i w dół musielismy pokonać). Na plecach plecak o wadze 10kg (w środku woda, izotonik, dwie uprzęże, kask, czołówka, powerbank, kamera, coś cieplejszego, prowiant). sophie rain only fans leaks

Rano, przed szóstą, dzida do Kuźnic a potem mozolne 2 godziny przez Boczań, do Murowańca – schroniska na Hali Gąsienicowej. Po drodze z każdym krokiem analizowałem ciężar plecaka i doszedłem do wniosku, że jestem frajerem bo zamiast dźwigać 3kg płynów mógłbym zrobić z cytryny i miodu 500ml koncentratu izotonikowego, potem w Murowańcu kupić 2×1,5l wodę i izotonik zrobić już w górach. No trudno.

W ogóle z Tatrami jest ten problem, że samo przejście szlaku to połowa sukcesu. Ale do szlaku trzeba najpierw dojść a potem z niego wrócić. Jakby to porównać (znowu) do gastronomii, to wyobraźcie sobie, że idziecie do restauracji bo macie ochotę na dajmy na to na żurek i grillowany filet z kurczaka. Przychodzi kelner i mówi spoko, ale w tym lokalu najpierw trzeba zjeść trzy talerze pomidorowej. A kiedy już zjedliście wiadro pomidorowej, żurek, drugie i macie już totalnie dość i prosicie o rachunek, kelner kłania się w pół i przynosi rzeczony rachunek wraz z kolejnymi trzema talerzami pomidorowej.

Fast forward do Koziej Dolinki, w której skończyliśmy nasze poprzednie nieudane podejście. Morale: 10. Poziom płynów: 90%. Czas: bardzo dobry – szybciej niż na drogowskazach, o tych w ogóle napiszę kiedy indziej. Ludzi na szlaku coraz mniej, z tego względu, że po drodze zaczynały się inne, dość popularne szlaki. Dość szybko wspięliśmy się w okolice Koziej Przełęczy i przed pierwszymi łańcuchami ubraliśmy uprzęże i włożyliśmy kaski. Na moim miałem kamerę ale jako, że nie mam za bardzo doświadczenia w kręceniu filmów głową, ustawiłem ją za nisko i czasem zapominałem, że nagrywam, więc machałem głową i finalnie wyszło słabo, sami zobaczycie.

Do rzeczy, Kozia Przełęcz to miejsce, w którym trzy lata temu skończyliśmy zdobywanie Orlej Perci. To miejsce kończy się drabinką, pod którą jest kilkadziesiąt metrów niczego, więc po ostatnim szczebelku trzeba chwycić łańcuch po lewej i lekko trawersując zejść do przełęczy, żeby zacząć wchodzić na Kozie Czuby. W tym właśnie miejscu włączyliśmy się do ruchu, zdając sobie sprawę, że nie będzie odwrotu. Szlak na Kozi Wierch jest jednokierunkowy więc musimy go przejść, alternatywą byłby powrót śmigłowcem TOPR 😉 Szło się zasadniczo dobrze. W wielu miejscach pozbawionych ułatwień w postaci klamer i łańcuchów trzeba było mocno skupić się na każdym następnym kroku kontrolując wyważenie ciała (mając w pamięci 10kg na plecach, które przesunęło środek ciężkości). Nie zamulaliśmy za bardzo i szliśmy podobnym tempem co inni zdobywcy Orlej dzięki czemu nikt nie chciał nas wyprzedzać w trudnych miejscach co wiązałoby się z niepotrzebnym ryzykiem. Fakt faktem, taka wspinaczka angażuje całe ciało. Podciągając się na rękach wypycha się nogami i trzeba jednocześnie analizować gdzie jest najlepsze miejsce na postawienie nogi tudzież uchwyt dla dłoni. Nie myślisz o tym, że pod tobą jest kilkaset metrów w dół, bo ręce nie utrzymają cię długo w jednej pozycji, więc jest tylko jedna droga – w górę.

W ten sposób pokonaliśmy komin, kilka trawersów i podejść pod Kozie Czuby. Tam przywitaliśmy się z fajnymi ludźmi, którzy weszli przed nami i trochę popsuliśmy im świętowanie zdobycia Koziego Wierchu i przybijanie piątek wyjaśniając, że do Koziego jeszcze trochę. Bo przed nami było najtrudniejsze miejsce – zejście z Kozich Czub i podejście pod Kozi Wierch. Przy zejściu skorzystaliśmy z uprzęży – czuliśmy już zmęczenie i emocje po wspinaczce na Czuby, zresztą wyglądało hardocorowo. To najbardziej korkujące się miejsce na tym odcinku, część ludzi się tam blokuje. Schodziło się po łańcuchach po w zasadzie gładkiej ścianie. Ciśnienie poniósł mi gość, który schodził tuż za mną, prawie nie używał łańcuchów i wisiał mi praktycznie nad głową kiedy schodziłem. Dorotka parła naprzód jak kozica. Po zejściu z Czub czekało nas od razu podejście kominkiem na Kozi Wierch. Kominek to taka pionowa szczelina, wzdłeż której się włazi, rzecz jasna z pomocą ułatwień w postaci łańcuchów. Ten miał na oko około 50 metrów. O dziwo był całkiem spoko, były miejsca w których można się było nawet na moment zatrzymać i parę sekund odpocząć. Po przejściu kominka trzeba było przejść kawałek na czworakach i w końcu trafiliśmy na naszych znajomych, którzy ponownie przebijali sobie piątki i już zasłużenie cieszyli się widokiem z Koziego Wierchu. Opisałem trochę na chłodno, ale mózg non stop produkował adrenalinę. Jestem z nas mega, mega dumny bo to naprawdę trudny szlak, kondycyjnie, technicznie i psychicznie! ❤️ Dobre pół godziny chillowaliśmy na szczycie ciesząc oko widokami i dzieląc się wrażeniami – a potem zeszliśmy w stronę Granatów. Przyznam, że nie widziałem żadnego filmu na YT z tym odcinkiem i zaskoczył mnie upierdliwością. Łańcuchy były w miejscach tak sobie potrzebnych, a zejście długim żlebem też nie do końca wiadomo było czy pokonać na czworakach w dół czy dupoślizgami. Bardziej nas to zmęczyło psychicznie niż fizycznie. Finalnie po dotarciu na Granaty uznaliśmy, że wracamy, bo odwołując się do mojego porównania z gastronomią, pomimo że mieliśmy już pełne brzuchy, czekały nas jeszcze trzy talerze zupy pomidorowej.

Przed nami jeszcze dwa dni, na które plany uzależnione są od pogody. Meteogramy zmieniają się z dnia na dzień o 180 stopni. Co będzie jutro – zobaczymy… 🙂

Tatry 2022 – Orla Perć Tatr Zachodnich

corinna kopf onlyfans nude blondbaby666free

Powiem Ci #drogipamietniczku, że ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej ale i tak jestem zryty jak koń po westernie. No więc jak pisałem mieliśmy na dziś ambitny plan zdobycia Koziego Wierchu, ale jakoś tak wyszło, że spaliśmy mega długo, bo obudziliśmy się o 6:30 – i nie była to taka rześka pobudka, że ochlapujemy twarz wodą, wrzucamy plecaki na plecy i dzida w góry. Nie nie, kawa, śniadanie, a może jeszcze przemyślmy, bo może na spokojnie, skoro wczoraj był taki intensywny dzień… Od słowa do słowa postanowiliśmy wsiąść na rowery w Dolinie Chochołowskiej, dostać się do schroniska, stamtąd szlakiem zielonym dojść do przełęczy pod Wołowcem, dalej na Wołowiec i słowackie Rohacze, ile zdążymy. To już samo w sobie nie brzmiało jak lajcik zaraz powiem dlaczego, ale jakoś nikt nie wniósł sprzeciwu – i wyruszyliśmy.
Rowery na Chochołowskiej mamy już przećwiczone – wypożyczalnie oferują naprawdę dobrze przygotowane rowery górskie, które poradzą sobie na dość wymagającej trasie. A w drodze powrotnej, po długiej wędrówce – o czym miałem się ponownie dziś przekonać – człowiek ma ochotę zejść i całować pedały cudownej maszynie, która sprowadza człowieka ekspresowo do wejścia TPNu. Anyway podróż rowerem w tamą stronę bez przygód – może poza tym, że kiedy mijaliśmy jakąś rodzinę usłyszałem „Patrz Marzena – na rowerach. A tu nawet konie na piechotę chodzą”. Nie zdążyłem się nad tym głębiej zastanowić, bo dojechaliśmy do schroniska.
Dalej ruszyliśmy zielonym szlakiem na przełęcz pod Wołowcem. Tatry Zachodnie to starsze góry niż Wysokie, mało tam wspinaczki, ostrych grań, po prostu 99% czasu to dreptanie pod górę. Widoki przepiękne, to prawda, ale Jezus Mario, jak ciężko się szło. Stwierdziłem w trakcie drogi, że włażenie na tą przełęcz można porównać do wychowywania nastolatków. Ciągle pod górę, za każdym zakrętem kiedy człowiek ma nadzieję, że będzie płasko, a tam kolejna góra. I owszem jak się zatrzymać i rozejrzeć to można być dumnym z drogi, którą się przeszło, ale jak tylko ostry ból w udach lekko zmaleje, idzie się dalej. Podzieliłem się tą myślą z Dorotką, okazało się, że ona miała identyczne skojarzenia, co dobitnie wskazuje jak dobrym jesteśmy teamem i jednocześnie sporo mówi o naszych dzieciach 😀
No więc z przełęczy (były kozy!) musieliśmy wejść na Wołowiec co było kolejnym sprawdzianem wytrzymałości organizmu, bo z przełęczy podejście wyglądało na banał, ale ta góra ma to do siebie, że im wyżej się wchodzi tym robi się wyższa, ktoś to powinien zbadać… dalej ruszyliśmy na słowackie Rohacze. Znowu godzina w dół i godzina ostro w górę. Rohacze są w ogóle zwane „Orlą Percią Tatr Zachodnich”, no ale szanujmy się, już mówiłem jak wygląda łażenie po Zachodnich, „Orla Perć?” No kamon! Okazuje się, że strasznie ich nie doceniłem a one mi to boleśnie oznajmiły. Po początkowym wdrapywaniu się po ostrych skałach, co jest mega przyjemne jak się ma w miarę wypoczęte nogi (a my na nich ledwo staliśmy) przyszła kolej na zabezpieczoną łańcuchami grań. Petarda. Naprawdę trzeba tam mocno uważać, bo przy lęku wysokości albo przestrzeni mogłoby człowieka odciąć. Ja to dość mocno przeżyłem, bo po kilku godzinach „wychowywania nastolatków” nie mogłem już do końca liczyć na szybką reakcję nóg i wchodzenie wymagało mega skupienia i słuchania organizmu. Czas pozwolił nam tylko na zdobycie pierwszego, Ostrego Rohacza – stoi tam ich kilka obok siebie. Musieliśmy wracać żeby zdążyć na ostatni autobus i w drodze powrotnej zdobyliśmy jeszcze Rakoń i Grzesia, obrzuciwszy pogardliwym spojrzeniem zielony szlak z którego przyszliśmy i taktycznie ominąwszy Wołowiec dzięki jakiemuś dobremu człowiekowi, który powiedział nam, że istnieje uczęszczany trawers, pozwalający ominąć ten wredny szczyt. No i jesteśmy w domu. Spaliliśmy milion kalorii przez 9h marszu. A miało być spokojniej…
Jeszcze jedna rzecz o której nie napisałem (dzięki Grzegorz Jabłonka) – w Zachodnich jest pusto. Ale tak pusto pusto. Na palcach można policzyć ludzi, których mijaliśmy, na szczycie Grzesia i Rakonia nie było nikogo. Kosmiczne uczucie. To samo Rohacz – tam po łańcuchach szliśmy zupełnie sami.

Granaty

#DrogiPamiętniczku, dzisiejszą trasę wybrała Olga. Przeszły ją z Dorotką dwa lata temu. Granaty są powszechnie znane jako najłatwiejsza – podkreślam – najłatwiejsza część Orlej Perci. Jako, że mam już zaliczony odcinek od Zawratu do Koziej Przełęczy i było fajnie, uznałem że wciągnę tą trasę nosem. O jakże się myliłem.

Początek to część którą trzeba odbębnić, czyli dostanie się z Kuźnic do Murowańca – schroniska na Hali Gąsienicowej. My wyruszyliśmy do Kuźnic busem, kilka minut, ale zawsze to parę km mniej w nogach. sophie rain nudes leaked NicoleSnow

Jeżeli chodzi o schronisko, tu muszę wyrazić swój sprzeciw wobec komercjalizacji tego obiektu, który po trafieniu w ręce prywatne, zarabia praktycznie na wszystkim, w tym, o zgrozo, na toalecie w schronisku. Bo wiecie, zawsze było tak, że się wchodziło do wc, którego wprawdzie standard dalece odbiegał od zachodniego, a w ramach podziękowania w dobrym tonie było pozostawienie opłaty w stojącej przy drzwiach puszce. Natomiast w tej chwili nie dość, że postawili bramki jak w metrze, automat na monety i płatności zbliżeniowe odblokowujące bramki, to jeszcze przy bramkach stała dziewczyna w mundurze do złudzenia przypominający ten z gwardii jej ekscelencji z Seksmisji, pilnująca żeby za każde siku opłata była pobrana. Zapłaciliśmy, ale niejeden turysta otwarcie manifestował swoje niezadowolenie z nowych zasad wykonując performance na murze oraz w krzakach obok schroniska.

Po obejściu połowy Czarnego Stawu, drogę na Granaty rozpoczynają schodki. Nie, nie schodki. Siedemnaście kręgów piekła w postaci schodków. Ciągną się w nieskończoność pod kątem 45 stopni i nie wiem czy dla wszystkich te schodki są takim problemem, czy tylko dla mnie (bo po wczorajszym recovery day spałem tylko 5 godzin i nie byłem w formie), w każdym razie te schodki to naprawdę horror. Po nich już było fajnie – kilka prostych łańcuchów ale ogólnie szlak mocno wyrzeźbiony, więc przy podejściach zawsze było czego się złapać. I lepiej było to robić, bo szlak opływa w ekspozycje więc jest bardzo ciekawie. Powrót do Kuźnic ledwie pamiętam, bo już w Murowańcu byliśmy wypruci, a stamtąd jeszcze dwie godziny marszu…