6:20
Rozpakowałem właśnie pachnący jeszcze Chinami nowy komputer na chipsecie M1 Silicon, podłączyłem wszystkie przewody i już słyszałem dźwięk startującego systemu, kiedy to obudziła mnie moja ukochana mówiąc, że Przemysław, wstawaj, góry czekają. Ciemny front burzowy za oknem dobitnie oświadczył jednak, że albo będę pakował auto w strugach deszczu albo góry jednak trochę zaczekają. Szczęśliwie, zgodnie wybraliśmy drugą opcję.
8:20
Wyruszamy. Spuszczę zasłonę milczenia na to co działo się przez ostatnie 2 godziny. Wyjazdowy rytuał zawsze jest obarczony stresem, lekkimi nerwami czy wszystko się wzięło, zapakowało, zakręciło i zamknęło. Zająłem się pakowaniem auta i jak się po raz kolejny okazało, wybór samochodu z bagażnikiem mieszczącym trzy torby hokejowe był strzałem w dziesiątkę, efekt przyniosły też godziny spędzone na grze w Tetris (ha ha mamo, a mówiłaś że to strata czasu), bo bagażnik zapakowałem tak, że w duchu przyznałem mu certyfikat wodoszczelności IPX7. W międzyczasie zaliczyłem kilka kursów windą, która weszła w tryb „I’m feeling lucky” i woziła mnie, obładowanego torbami po randomowych piętrach zamiast prosto na parter, chyba po to żebym się pożegnał ze wszystkimi sąsiadami. Spotkałem dwóch i obaj zagadnęli banalnym „o, na wczasy?”. Ech, sztuka smalltalku umiera. Patrząc na mnie, realną alternatywą byłoby na przykład sprzedawanie podróbek levisów na leżaku na początku lat 90tych.
No ale nic, burza minęła, wiatr rozwiał chmury. Wyjeżdżamy w pełnym słońcu.
